wtorek, 21 lipca 2015

O kocie uciekającym przed zombie, czyli apokalipsa oczami Manela Loureiro

A dziś nie będzie miło. Dziś będzie o książce, która mnie mocno rozczarowała. A szkoda, bo pomysł na fabułę był niezły. Tym bardziej, że wątek zombie i ogólnej apokalipsy i postapokalipsy staje się co raz bardziej popularny zarówno w polskiej jak i w zagranicznej literaturze.
 Książkę znalazłam gdzieś na półce bibliotecznej. Skusił mnie tytuł. Niestety, była to ogromna pomyłka i strata czasu, no bo co innego mogę powiedzieć.


Zapowiadało się super. Niestety, niejednokrotnie chciałam tę książkę zamknąć w połowie i odnieść do biblioteki. Ale po kolei.



Apokalipsa Zombie. Początek Końca to pierwsza część trylogii, jak wierzyć tylnej okładce, przeczytanej przez tysiące osób na całym świecie, a w Internecie zyskała status kultowej powieści. Hmm... Nie do końca się mogę z tym zgodzić.

W jednej z kaukaskiej republik dochodzi do ataku terrorystów na wojskową bazę. Po kilku dniach w świat poszła informacja o dziwnej chorobie, a nawet epidemii. Powoli padają poszczególne kraje. Zapada chaos. Ludność pośpiesznie gromadzona jest w tzw. Bezpiecznych Strefach, a w ostanich dniach przez upadkiem telewizji i Internetu, media przełamują tabu i cenzurę. Jako jedną z ostatnich informacji podają, że w przypadku bliskiego spotkania z zarażonym, należy celować w głowę.

Fani The Walking Dead i klimatów postapo na pewno już zrozumieli, czemu sięgnęłam po tę książkę. Nie ukrywam, pomysł, może już ostatnio trochę popadający w schemat, był naprawdę dobry. Jednak wykonanie sprawiło, że tak bardzo się rozczarowałam. 

Przede wszystkim... długie i szczegółowe opisy. Zbyt szczegółowe. Momentami wręcz mnie przytłaczały. Dla przykładu- niejednokrotnie można było pominąć kilkanaście lub kilkadziesiąt kartek opisu jednorazowej akcji i spokojnie czytać dalej ze zrozumieniem. Za dużo, za dużo i jeszcze raz za dużo nudnych i przesadnie rozbudowanych opisów.

Po drugie... wyobrażacie sobie kota perskiego, posłusznie znoszącego starcia swojego pana i głównego bohatera z zombie? Wyobrażacie sobie kota, podróżującego przez zatokę z beczce, aby dostać się do portu i uciec przed zombie? Bo dla mnie wątek ukochanego pupila bohatera był momentami wręcz absurdalny.

Po trzecie bardzo często odnosiłam wrażenie, że autor mocno rozbudowywał mniejsze szczegóły, próbował uzyskać barwne opisy przy czynnościach drugoplanowych, a tymczasem wątek uznawany za główny potrafił zająć stronę, może dwie... 

No i tyle. Mogłabym żalić się dalej, ale całą moja dzisiejszą recenzję mogę streścić w czterech słowach- spore oczekiwania, ogromne rozczarowanie. Nie sięgnęłam po kolejne części i nie zamierzam.

Z post-apo już niestety tak jest. Stało się ostatnio dość popularne, jednak z całej tej chmary wydawanych jedna za drugą powieści, jedynie kilka jest dobrych, a bardzo dobre trafiają się bardzo rzadko. Dlatego podchodzę do tego tematu bardzo ostrożnie.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Carte Blanche- recenzja książki i filmu

Witam po dość długiej przerwie. Przerwie spowodowanej początkowo natłokiem obowiązków, a następnie czystym lenistwie. Od tego momentu daję sobie mocnego kopniaka w tylną część ciała i zabieram się do pracy.

Zalega mi tu kilka wersji roboczych, które wymagają ostatnich szlifów. Kolejne recenzje powoli przelewam z głowy na papier. I tu muszę zaznaczyć, że dla mnie ocenienie książki to proces skomplikowany i często długotrwały- chodzi przecież nie tylko o przeczytanie powieści (a to już zajmuje trochę czasu), lecz także o napisanie dobrej recenzji. Zazwyczaj potrzebuję na to trochę czasu- staram się nie pisać ich zaraz po zamknięciu książki. Zawsze potrzebuję kilku dni, aby ochłonąć, poukładać sobie opinię o lekturze, a czasami pokonać tzw. 'kaca książkowego". Ale teraz zakasam rękawy i zabieram się do pracy!

Zaczniemy od krótkiej listy wakacyjnej. Dotychczas udało mi się przeczytać "Starter" Lissy Price, "Blackout" Marca Elsberga i "Ostatni Szczegół" Harlana Cobena.
W międzyczasie próbowałam "przebrnąć" przez kilka lektur szkolnych i pozycji historycznych, jednak okazał się to czas zmarnowany- wakacje to jednak zły moment na takie lektury.
Kończę czytać "Przedsmak śmierci" P.D. James- jak na razie jestem mocno rozczarowana, ale pełna recenzja za 250 stron :) W międzyczasie, jako przerywnik, postanowiłam odkurzyć książki z dzieciństwa i wylądowałam w Nibylandii, z "Piotrusiem Panem i Wendy".
Za kilka dni znów wyjeżdżam, oczywiście z walizką pełną książek, tj. z "Grillbarem Galaktyką" Mai Lidii Kossakowskiej, "Takeshim" tej samej autorki (to będzie trzecie podejście do tej lektury- mam nadzieję, że tym razem zakończy się sukcesem), "Naznaczeni błękitem" Ewy Białołęckiej i z "Bezsennością" Kinga.


Wracając do tytułowego "Carte Blanche" autorstwa Jacka Lusińskiego- najpierw przeczytałam, a całkiem niedawno miałam okazję zobaczyć ekranizację.  Zacznijmy jednak od książki.

Książka należy do tych, które są krótkie, zajmują jeden, dwa wieczory, lecz zapisują się w pamięci na lata. Zwłaszcza, że historia oparta jest na faktach. Jest to historia niezwykłego nauczyciela historii, w najzwyklejszym liceum- Kacpra, który pomimo rzadkiej choroby oczu, postanawia nauczać w szkole tak długo...aż prawda nie wyjdzie na jaw.
Lekturę tę czyta się szybko. Widać, że pisana była przez osobę, która wcześniej nie do końca miała styczność z pisaniem dłuższych tekstów. Jednak mimo wszystkich niedociągłości, opisana historia zdecydowanie każdemu zapadnie w sercu na dłużej.





Co się tyczy filmu...Jest wręcz odwzorowaniem książki, co bardzo mnie ucieszyło- zawsze denerwują mnie filmy na podstawie powieści, które nagle zaczynają mocno odbiegać- i tu przykładowo Eragon (ale o tym może innym razem...). Jednak "Carte Blance" zarówno jako film są dobrym pomysłem na spędzenie udanego wieczoru.